piątek, 9 października 2015

Między czasem a perfekcją.

Czy jestem Panią swojego czasu? Zdecydowanie nie! Zakleszczona w przestrzeni pomiędzy pracą a dziećmi, mam wrażenie, że zupełnie utraciłam kontrolę nad swoim życiem. Od zawsze wydawało mi się, że jestem mistrzynią logistyki, że organizacja czasu jest jedną z silniejszych figur na mojej szachownicy. Jakże bardzo się myliłam! Pora posypać głowę popiołem i zrobić krok w tył.



Kiedy cztery lata temu zaprosiliśmy do naszego świata dziecko, szybko zaadaptowałam się do nowego wymiaru rodziny. To prawda, że miałam więcej obowiązków. To fakt, że często stawałam się uczestnikiem sytuacji zupełnie niezależnych ode mnie. Ale minęło parę chwil, a córka stała się nowym jądrem mojego świata. To nic wielkiego, naturalna kolej rzeczy. Ale nawet w tamtych chwilach zawsze starałam się mieć czas na moje ukochane pasje. Na bliskość z ważnymi dla mnie ludźmi. 2 lata później, kiedy po raz drugi zostaliśmy rodzicami. Razem ze szczęściem przybyły większe wyzwania. Obowiązki zdawały się nie mieć końca. Również dlatego, że nie uznawałam kompromisów i nie używałam wynalazków typu jednorazowe pieluchy, czy gotowe do spożycia obiadki ze słoiczków. Wskazówki zegara przyśpieszały, a niewzruszony palec czasu groził coraz częściej. Ale nawet wówczas, pomimo wielkiej koncentracji na dzieciach, zawsze udawało mi się wynegocjować okruchy czasu na swoje przyjemności.

Zbliżamy się do przełomu, którym stał się mój powrót na rynek pracy. To właśnie ten duet w postaci bardzo absorbujących czasowo zajęć i pary cudownie aktywnych córek, spowodował, że tytuł mistrzyni organizacji spadł z głośnym hukiem na podłogę, rozsypał się i w zasadzie leży tam do dziś. Kto zawinił? Co przyczyniło się do tej porażki? Dlaczego z profesjonalisty planisty zamieniłam się w goniącą, znerwicowaną i przemęczoną amatorkę nie mającą na nic czasu? Nie trudno było znaleźć winnego. Zawiniła moja klątwa doskonałości, fatum maksymalizmu, nieustanne dążeniu do tego, aby wszystko, za co się biorę, zamieniało się w przysłowiowe złoto. To przekleństwo odpowiedzialne jest za stan nieustannego napięcia, zupełnego zatracenia umiejętności odpoczynku. Kiedy planowałam powrót do pracy, wypracowałam wówczas porozumienie między rolami mamy i przedsiębiorcy. Pięć bezwzględnych godzin dla dzieci, osiem godzin dla pracy (w ratach). Cała reszta odbywała się kosztem snu i odpoczynku. Stanęłam wtedy przed koniecznością poważnej selekcji swoich zajęć, pasji, ograniczaniu kontaktu ze znajomymi, a czasami i stałych zwyczajów. Zrezygnowałam, bo na wszystko brakowało mi czasu.

Świadomość zatracenia się w pętli czasu dotknęła mnie najsilniej, kiedy mąż niemal siłą wyciągał mnie na weekend do Pragi, aby świętować rocznicę naszego ślubu. Nie miałam wówczas pojęcia dlaczego decyzja o wyjeździe kosztowała mnie tak wiele emocji. Dlaczego miałam taki problem pozostawić dzieci i pracę, a w ich miejsce skoncentrować się na sobie, na nas? Zupełnie zapomniałam, że nam również należy się coś od życia. Że my także powinniśmy odpoczywać. Również od dzieci. Zaniedbałam ten jakże ważny kawałek świata. Zajrzałam w to małe prywatne piekło maksymalistki. Zrozumiałam, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Że trzeba sobie pozwolić na więcej kompromisów. Że życie to nie tylko pasmo obowiązków i pracy. Że codzienność to nie tylko dawanie.

Bycie najlepszym bardzo spala. A to, co spalało mnie, spalało całą rodzinę. Od postawy mocno podbarwionej zdenerwowaniem i pośpiechem, powoli uczę się stawiać małe kroczki w kierunku zrównoważenia. Zamiast mierzyć się z doskonałością, dostrzegam szczęście w małych rzeczach. Zamiast walczyć ze wskazówkami, adaptuję w codzienność odrobinę spontaniczności. Uczepiłam się prostej prawdy, że tylko szczęśliwi rodzice mogą wychować szczęśliwe dzieci. W życie człowieka wpisane jest popełnianie błędów. Wielu. Dobrze jest się do nich przyznawać i wyciągać z nich naukę. Jeden właśnie udało mi się zaliczyć.

1 komentarz:

  1. No i bardzo dobrze, że odpuściłaś. Czasami trzeba wrzucić na łuż ☺ Fajnie, że wreszcie się odezwałaś i napisałaś. Pozdrawiam ☺

    OdpowiedzUsuń