wtorek, 9 czerwca 2015

Naturalne Najlepsze, czyli moje poszukiwania kosmetycznego Graala.

Bardzo długo cieszyłam się wolnością od jakiejkolwiek alergii. Nieznane mi były problemy skórne, wysypki, łzawiące oczy, czy sienny katar. Wybierając kosmetyki dla siebie, nie miałam nawyku czytania ich składu. Do farbowania włosów wybierałam produkty, które odpowiadały mi kolorem, trwałością. Nie wykonywałam prób alergicznych. Byłam nieświadoma co wcieram w ciało, twarz i włosy. Wybierałam markę, promocję, opakowanie, zapach, konsystencję, przeznaczenie. Nie przywiązywałam do tego większej uwagi.  Do czasu.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciąże, niektóre kosmetyki zaczęły mieć szkodliwe działanie na moją skórę. Topowy krem z wyższej półki wywołał wypryski i wielogodzinne łzawienie oczu. Skutkiem maseczki nawilżającej był rumień. A szampon koloryzacyjny doprowadził do bardzo poważnej reakcji uczuleniowej powiązanej z opuchlizną całej górnej części ciała. Gdyby nie zastrzyk odczulający, który otrzymałam w szpitalu, być może piękny kolor włosów opłaciłabym największą ceną, bo własnym życiem. 

To wydarzenie spowodowało, że z wielką uwagą zaczęłam studiować skład wszystkich kosmetyków i chemii, którą posiadałam w domu. Zaglądałam do Wikipedii sprawdzając, co też kryje się za obco brzmiącymi łacińskimi nazwami, czy też nic mi niemówiącymi skrótami. Pozyskania wiedza mnie przygniotła. Większość kosmetyków to ulepek wody, wypełniaczy, chemii i konserwantów. Zdrowych produktów aktywnych jest w nich tyle, co przysłowiowy kot napłakał. Miałam wówczas ogromne poczucie winy, że moja wiedza w tym temacie pojawiła się tak późno, a na dodatek podczas ciąży. Zadawałam sobie pytania. Jeśli jednorazowe użycie kosmetyku wywołało taką reakcję we mnie, to co przeniknęło z niego do krwi płodu, a w przyszłości mogłoby przeniknąć do karmionego piersią dziecka?

Nie zwlekając pozbyłam się zdecydowanej większości kosmetyków, które zawierały w swoim składzie dioksan, aha, wazelinę, oleje parafinowy i mineralne, talk, polimery filmotwórcze, sls, detergenty syntetyczne oraz kilka innych groźniejszych substancji chemicznych. Wyczytałam, że substancje te przy dłuższym stosowaniu mogą powodować podrażnienia skóry i błon śluzowych, stany zapalne, przesuszenie, wysypki, podrażnienia, świąd, łupież, dermatozę, pękanie skóry, zaburzenia wydzielania łoju i potu. A przede wszystkich zakłócają naturalne mechanizmy nawilżania i ochrony skóry, podrażniają układ oddechowy, a nawet powodują nowotwory.

Zrobiłam krok dalej. Wymieniłam również mój arsenał podręcznych środków czystości. Zamiast sklepowej chemii na półce stanęła gliceryna, amoniak, mąka ziemniaczana, korzeń mydlnicy, ocet, soda, sól kuchenna i węgiel drzewny.

Gorzej było z kosmetykami. Wypróbowałam kilka naturalnych kremów zakupionych w sklepach ekologicznych. Nie oczarowały mnie. Były drogie i miałam wiele wątpliwości co do ich składu i skuteczności. Zaprzestałam eksperymentów i przez kolejne 3 lata współdzieliłam kosmetyki z moimi dziećmi. Te delikatne środki pielęgnujące nie zaspakajały potrzeb mojej skóry, ale nie wywoływały reakcji uczuleniowych. Płaciłam cenę kompromisów. Moja cera na twarzy notorycznie była przesuszona, zmęczona i "nienajedzona". 

Wszystko zmieniło się od czasu, kiedy poznałam przesympatyczną autorkę serii naturalnych kremów do twarzy. Pasja z jaką opowiadała mi o tynkturach i ekstraktach ziołowych, o sile prawdziwej, nie syntetycznej natury, spowodowała, że postanowiłam wypróbować jej produkty na sobie. Już po kilku dniach stosowania kremu zaczęłam odczuwać dość spektakularne zmiany na mojej twarzy. Skóra zrobiła się mocno napięta, dobrze nawodniona, delikatna w dotyku, niezwykle świeża i promienna. Naturalne kremy powstałe na bazie olejów spożywczych tłoczonych na zimno, wosku, miodu i świeżych ziół mają wielką moc sprawczą. A ponieważ nie zawierają konserwantów, mają krótki, bo trzymiesięczny okres przydatności do spożycia, należy trzymać je w lodówce i regularnie dotleniać. 

Dziś, kiedy wypróbowałam wszystkie oferowane przez markę Naturalne Najlepsze kompozycje kremów, przyznam szczerze, że nie wiem, który z nich jest moim ulubionym.

Do wyboru mamy cztery propozycje:
- Uelastyczniający La mer oparty na ekstrakcie z alg morskich.
- Oczyszczający Kokosowy raj na bazie miodu i oleju kokosowego.
- Regeneracyjny Centella Asiatica z azjatykozydem.
- Przeciwzmarszczkowy na bazie oleju arganowego i roślinnych komórkek macierzystych.

O zaletach każdego z nich mogłabym pisać wiele. Jestem oczarowana tymi produktami i nie mam żadnych oporów, aby stać się ambasadorem marki Naturalne Najlepsze. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę www (w trakcie tworzenia), albo do kontaktu e-mail. Polecam tą zdrową alternatywę do sklepowej chemii. Sprawdziłam na sobie i polecam!

2 komentarze:

  1. przyznam się szczerze, że zwracam uwagę na skład produktów dla córki, ale te dla siebie to często wybory z przypadku.

    OdpowiedzUsuń
  2. muszę spróbować bo prawie niczego na twarz nie moge znaleść bo mnie wszystko uczula wrrr

    OdpowiedzUsuń