sobota, 18 kwietnia 2015

Dzień dobry! Tu matka pracująca, czyli rozterki z zegarem w tle.

Miesiąc temu definitywnie pożegnałam się z rozkosznym czasem urlopu macierzyńskiego. Powrót do normalności postawił przed całą rodziną niemałe wyzwania logistyczne. A w moim teatrze życia codziennego do roli mamy, żony, kucharki i opiekunki czystości, doszła jeszcze jedna rola - pracownika. I pomimo, że jestem freelancerem, bywają i takie dni, że ta ostatnia rola zajmuje mi dziesięć i więcej godzin dziennie. Przyznam szczerze, że nie sądziłam, iż tak szybko posmakuję dni, kiedy budząc się rano, będę marzyć wyłącznie o tym, by położyć się na drugim boku i ponownie dać się utulić morfeuszowym ramionom. Takie poranki zdarzają mi się coraz częściej. Spod wpół przymkniętych oczu obserwuję, jak wskazówki zegara niebezpiecznie zbliżają się do godziny szóstej. A wówczas, jak na komendę, nasze urocze skowronki wyskakują ze swoich łóżek i domagają się porannej dawki pieszczot, bliskości i łaskotek. Chwilę po tym nakręca się sprężyna rytuałów: toaleta, śniadanie, ubieranie, żłobek, przedszkole, praca ..... Od pierwszych chwil poranka jestem niewolnikiem wskazówek. Ścigam się z czasem, potykam się o terminy spotkań, straszą mnie alarmy wskazujące na zbliżający się deadline rozmaitych zadań. Gdyby nie znaczący udział męża w domowych obowiązkach i opiece nad świerszczami, byłabym całkiem bezradna i zagubiona.


Chwytam się na tym, że już całkiem zapomniałam, jak pięknie jest cieszyć się dłuższą pauzą w trakcie dnia. Nie pamiętam smaku południowej drzemki. Godzinnego kontemplowania szelestu liści w parku, czy tępego wpatrywania się w gonitwy akwariowych rybek. Prawda jest taka, że od dłuższego czasu notorycznie zaniedbuję różne elementy życia codziennego, nie odpoczywam i nie dosypiam. Z miłym rozrzewnieniem wspominam czas, kiedy jako pełnoetatowa kura domowa, czułam się niczym Królewna Śnieżka, która z błyskiem w oku gotowała i z uśmiechem nie spływającym z jej ust, sprzątała i zabawiała całe stadko kransnoludków. "To se ne vrati" - jak mawiają nasi południowi przyjaciele. Codziennie rano siadam przy kalendarzu i zastanawiam się, czy znajdę w tym rozpoczynającym się dniu czas na spacer z dziećmi, kawę z przyjaciółmi, czy uda mi się przeczytać choć kilka kartek książki, a może zobaczyć odcinek ulubionego serialu. A co z czasem dla bliższej i dalszej rodziny, samorozwojem, bliskością i intymnością z mężem, gotowaniem, bieganiem, zakupami, medytowaniem, jedzeniem, sprzątaniem i snem?  Ziemia wokół mnie krąży zdecydowanie za szybko, zaczynam się gubić w gąszczu obowiązków i działań pod sympatycznie brzmiącym zwrotem "gdybym miała trochę czasu, to ..."

Łapię się na tym, że nie adaptuję się dobrze do tego nowego rytmu życia. Czas macierzyństwa mnie odmienił, zmieniłam priorytety, inaczej patrzę na świat wokół mnie. Coraz częściej patrzę na siebie przez pryzmat własnego dzieciństwa. Miałam to wielkie szczęście, że w każdej chwili mojej nieletności była przy mnie mama. Nie chodziłam do przedszkola, a później, kiedy wracałam do domu ze szkoły, zawsze czekał na mnie ciepły obiad i Ona, która miała dla mnie ogromne pokłady cierpliwości i czasu. To jedno nigdy się nie zmienia. I wtedy i dziś, tego, czego najbardziej oczekują od nas nasze dzieci, to czas, który im poświęcamy. Dlatego pomimo całego pośpiechu, który determinuje moje życie, każdą wolną chwilę ofiarowuję właśnie im. Nigdy nie odmawiam czasu na rozmowy, na bliskość, na zabawę. Na to, na co mają w danej chwili ochotę, czy jest to spacer, czytanie książek, czy pieczenie ciasteczek. Dla nich zawsze muszę być dyspozycyjna. Mam świadomość, że tego czasu nikt nam nie da przeżyć po raz drugi. Dlatego odsuwam od siebie wszystko to, co mnie rozprasza i kradnie mój wolny czas. Nie pamiętam kiedy oglądałam ostatnio telewizję, konsola pokryła się kurzem, płyty z muzyką podobnie, a sterta książek do przeczytania stała się całkiem okazałą wieżą. Moje pasje prędzej czy później się skonsumują. Ani się nie obejrzę, a małe świerszcze dorosną i nie będą potrzebować mojej stałej uwagi. Wtedy przyjdzie czas na to wszystko, z czego dziś dla nich rezygnuję. Ważne jest dla mnie to, że nie będzie mi wówczas towarzyszyło poczucie winy, że coś zaniedbałam, że mogłam więcej, że przespałam cudowny czas rodzicielstwa. To córki są dla mnie najważniejszymi wskazówkami zegara. Odmierzają najpiękniejsze sekundy, minuty i godziny. A cała reszta? Może poczekać!  

2 komentarze:

  1. Ja cieszę się brakiem obowiązków zawodowych, ale ma się to niebawem zmienić. Nie wiem jak to ogarnę, może też zrezygnuję ze swoich przyjemności, może.

    OdpowiedzUsuń
  2. rozumiem, że teraz ciężko to wszystko pogodzić, ogarnąć, ale za chwilę zobaczysz, ze im mniej masz dla siebie czasu, tym lepiej będziesz go wykorzystywać :)

    OdpowiedzUsuń