poniedziałek, 8 grudnia 2014

Bajka o świątecznym śledziu.

Mój osobisty wzór na udane święta składa się ze stałych, niezmiennych symboli i zawiera w sobie odrobinę śniegu za oknem, zapach prawdziwej choinki, makówki, barszcz, piernik i śledzie. A ponad tym wszystkim góruje ten najważniejszy, rodzina. Kompletna, kilkunastu-osobowa, bo w tak licznym gronie udaje się nam spotykać przy wigilijnym stole już od ponad dziesięciu lat.

Ale wracając do tego, co na stole. Pierniki, śledzie oraz barszcz do pełnej doskonałości potrzebują czasu i w zasadzie nadeszła już pora, aby pochylić się nad ich przygotowaniem. O ile pierniki są dość popularnym domowym wypiekiem, to śledzie i zakwas buraczany znacznie częściej kupuje się w sklepie. A szkoda. Gotowe śledzie zawierają wzmacniacze smaku i substancje konserwujące. W koncentratach z buraków możemy spotkać glutaminian sodu, a co gorsze, są słodzone syropem glukozowo-fruktozowym. Zdecydowanie zdrowiej i smaczniej będzie przygotować je samodzielnie. A samo podglądanie dojrzewających potraw i oczekiwanie na ten właściwy moment, kiedy zbliżają się do doskonałości, daje tak wiele przyjemności i pozwala jeszcze pełniej cieszyć się nachodzącymi świętami.

Dziś o śledziu. Króluje on na naszym stole nie tylko przy okazji świąt, lubimy tą rybę za jej liczne zalety smakowe i zdrowotne. Jemy śledzie smażone, pieczone, wędzone, marynowane, w oleju. To niezwykle uniwersalna ryba.

Przygotowane wg poniższego przepisu, śledzie są gotowe do jedzenia już po kilku dniach, ale właśnie po kilku tygodniach, stają się prawdziwą doskonałością. Poniższy przepis jest obliczony na 1 kg śledzi matias. To porcja, która starcza na wypełnienie dwóch litrowych słoików. 
 

Zalewa: 200 ml octu spirytusowego 10%, 600 ml wody, 20 dag cukru, 1 duża marchewka, 2 duże czerwone cebule, przyprawy: 4 liście laurowe, 15 ziaren ziela angielskiego.

W zależności od stopnia zasolenia, śledzie płuczę w zimnej wodzie kilkukrotnie i moczę je przez całą noc. Marynatę przygotowuję z wody, cukru i przypraw. Po zagotowaniu odstawiam ją z gazu i wrzucam do niej marchewkę pokrojoną w talarki i cebule pokrojone w piórka. Na koniec wlewam ocet i studzę.

Odsączone śledzie, pokrojone w kilkucentymetrowe kawałki, układam w słoiku i zalewam zimną marynatą. Po zakręceniu słoiki odstawiam do lodówki. Tam czekają do wigilijnej kolacji. Kilka dni po przygotowaniu śledzi zalewa jest lekko mętna, ale po tygodniu jest już klarowna.
 
Można podawać je prosto ze słoika, ale warto przygotować do nich sosy, które jeszcze bardziej wzbogacą ich smak. Najlepiej smakują w sosie ziołowym, musztardowym albo śmietanowym. Wypróbujcie koniecznie, jest jeszcze sporo czasu, a wierzcie mi, że naprawdę warto! 

3 komentarze:

  1. Aż ślinka leci, ale ja w tym roku odcinam się od kuchni... (no może z małym wyjątkiem na pierniczki)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja jestem mega śledziowa. W sobotę na urodziny Izy dla rodziny zrobiłam dwa rodzaje ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mpja mama zawsze na swieta robila sledzie ;) ja nie zawsze sledziem z ochota sie uracze, ale maz i brat juz jak najbardziej :) tak wiec moze skozystam z prxzepisu póki czas :D

    OdpowiedzUsuń