poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Milowe kroki ku samodzielności.


Miłość rodziców do swoich dzieci jest pełna poświęcenia i nie ma granic. Ale czasami miłość rodzicielska przyjmuje formy zaborcze i krzywdzące dziecko. Zanim sama zostałam mamą, obserwowałam w swoim otoczeniu nadopiekuńczych rodziców, którzy wyręczali swoje dzieci w niemal wszystkich czynnościach. Karmiąc ich tych samym brakiem pewności siebie i bezradnością. Zastanawiałam się wtedy, czy taka izolacja małego dziecka od wyzwań, problemów, nauki, to tylko wygoda rodziców, czy też przekonanie, że dziecko jest niezdolne do wykonania tych czynności.

Kiedy już doświadczyłam macierzyństwa, postanowiłam, że moje dzieci nie będą żyć pod kloszem arcy-bezpieczeństwa i arcy-troski. Jeśli córka miała ochotę czegoś spróbować, skosztować czy doświadczyć, nie wzbraniałam jej tego, nawet jeśli ta nauka kosztowała ją bólem poparzonych pokrzywami nóg, albo mnie generalnym sprzątaniem kuchni po rozsypanej przez nią tam mące. Oczywiście wszystko w granicach bezpieczeństwa jej życia i zdrowia. Z niekłamaną radością obserwowałam, jak córka z dnia na dzień stawia swoje milowe kroki w kierunku niezależności. Los mi sprzyjał, bo córka odcięła emocjonalną pępowinę znacznie szybciej, niż zrobiłam to ja sama. Od kiedy tylko nauczyła się chodzić, to rzadko odwracała się za siebie. Nigdy nie doświadczyła nas uczuciem zalęknienia, strachu, czy zawstydzenia. Te emocje nie mieszkają w jej świecie. W czasie zabawy na placu zabaw nie zdarzało się jej rozglądać w poszukiwaniu naszego spojrzenia, tak jakby nie musiała się upewniać, że jesteśmy gdzieś nieopodal. Zdobywa świat bez naszej asekuracji. Ja sama starałam się nie ingerować w trakcie jej zabawy z innymi dziećmi. Znacznie przyjemniejsza była obserwacja tego, jak subtelnie rodzi się w niej inteligencja emocjonalna.

Jeszcze zanim na świat przyszła młodsza córka, u starszej dość szybko uruchomił się program "Ja Sama". Jedzenie, toaleta, ubierane się, układanie puzzli, kąpiel, czytanie, czesanie - wszystko chciała wykonywać sama. I nie ma w tym nic dziwnego, bo to przecież normalny etap rozwoju dziecka. To właśnie wtedy w mojej głowie nastąpiła spora zmiana w postrzeganiu jej osoby. Przestałam na nią patrzeć w kategorii "małe dziecko", a zaczęłam jak "prawie dorosły człowiek". A wraz z tym myśleniem zaczęłam stawiać przed nią coraz to większe wyzwania i przyznam to ze wstydem, coraz bardziej zaczęły irytować mnie jej zachowania, kiedy czegoś nie potrafiła, albo nie chciała robić. Do dziś pracuję nad sobą, by nie zapominać, że ona również ma prawo do tych gorszych dni, do bezradności i niechęci do pewnych czynności. Nauczyłam się również szanować to, że potrafi powiedzieć nie. Asertywność to ważna umiejętność.

Mówi się, że rodzice z niezbyt szczęśliwym dzieciństwem hamują dorastanie swoich dzieci, aby zrekompensować w ten sposób swoje marzenia z dzieciństwa. U mnie to nie zadziałało. Nie czuję potrzeby w wyręczaniu córki podczas jej wędrówki na górę samodzielności. Każdorazowo chwalę ją za wszystkie autonomiczne zachowania, niezależnie, czy chodzi o samodzielne korzystanie z toalety, czy zabawę. Uczę jej również odpowiedzialności za swoje zachowanie. Jestem konsekwentna w stosowaniu kar i nagród. Widzę, że to działa. I widzę, że ona również cieszy się swoimi sukcesami i nowymi umiejętnościami. 

Kilka dni temu córka doświadczyła swojej pierwszej samodzielnej nocy poza domem. Porwana przez swoją ciocię, spędziła cały weekend w górach. Wydarzeniu temu towarzyszyły umiarkowane lęki i obawy. Okazały się bezzasadne, gdyż córka bawiła się znakomicie, nie tęskniła, noc przespała bez problemów. Tylko my czuliśmy się jakoś nieswojo z tą ciszą w domu.

Już niedługo córka pójdzie do przedszkola. Codziennie skreślamy dni zbliżające nas do tego wielkiego w jej życiu wydarzenia. Wczoraj mąż zapytał, czego obawiam się w związku z tą rewolucyjną zmianą w naszym domu. Długo szukałam w sobie tych obaw, ale ich nie znalazłam. Efektywnie pracowaliśmy nad jej samodzielnością, jest gotowa na nowy rozdział w jej życiu. Co więcej, wiem, że uwielbia poznawać nowych ludzi, a każda okazja do zabawy i nauki nowych rzeczy ją uszczęśliwia.

Dziś rano w głowie pojawiła się jedna nieśmiała myśl, którą można potraktować w kategorii obawy. Pomimo, że dom jest dla córki miejscem bezpiecznym, lubianym i pełnym miłości, to pewnie i tak będę miała trudność z przekonaniem jej do opuszczenia przedszkola i powrotu do niego. I wtedy to ja będę musiała popracować nad swoimi emocjami, zrozumieć i zaakceptować jej fascynację tym miejscem. Ale to już zupełnie inna bajka.

4 komentarze:

  1. samodzielność to podstawa tylko kiedy dziecko z uporem twierdzi że chce po swojemu a wiesz że to jest niebezpieczne i pomimo tłumaczenia się upiera co wtedy.... ogólnie dobrze mieć samodzielne dziecie ale też i musi być ostrożne trzeba mówić dziecku o zagrożniach by starało sie podejmować ddecyzje samo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. My rodzice jesteśmy nie do zdarcia z przestrzeganiem przed niebezpieczeństwami. A dziecko i tak zrobi swoje :)

      Usuń
  2. Ja sie troche obawiam poczatkow przedszkolnej przygody, bo w przypadku Juniora moze byc ciezko. Bez mamy lub taty nie bedzie chcial zostac. To jednak nowe obce miejsce, obce panie i dzieci, ktorych w wiekszosci nie zna. Poza tym z jedzeniem moze byc problem, bo Syn to niejadek bardzo wybredny w dodatku :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasza dyrektorka w przedszkolu twierdzi, że niejadki ośmielone apetytem innych dzieci nagle zaczynają próbować nowych rzeczy i całkiem przyzwoicie jeść. Czego i Tobie życzę :)

      Usuń