czwartek, 7 listopada 2013

Pierwszy raz w przedszkolu, czyli adaptacyjna porażka.

Kiedy po raz pierwszy podjęłam temat przedszkola dla Helenki, zaprzyjaźnione mamy błyskawicznie sprowadziły mnie na ziemię, opowiadając mi o swoich doświadczeniach, z których jasno wynika, że w naszym mieście ten temat to spore wyzwanie. Przypuszczam, że podobnie wygląda w pozostałych miastach naszego pięknego kraju. Pogrzebałam trochę w ogólnodostępnych statystykach z których jasno wynika, że w Tychach jest ponad tysiąc miejsc w przedszkolach niepublicznych i około trzech tysięcy w przedszkolach publicznych. Ponad cztery tysiące miejsc na ponad sześć tysięcy potencjalnych przedszkolaków. Optymistyczne prawda? Ponad trzydzieści procent dzieci nie ma zagwarantowanego miejsca w przedszkolu.

Szybko oszacowałam nasze możliwości i biorąc pod uwagę fakt, że nie otrzymamy żadnych punktów ustalonych przez MEN, jak również ustalonych lokalnie przez miasto, nie nastawiam się na miejsce w przedszkolu publicznym. W celu zagwarantowania sobie komfortu w przyszłości, rozeznaliśmy ofertę przedszkoli niepublicznych i po wyborze natychmiast zapisaliśmy Helenę do rekrutacji na 2014 rok.

Wielkie było moje zdziwienie, kiedy kilka tygodni temu otrzymałam telefon z wybranego przez nas przedszkola z zaproszeniem na spotkanie adaptacyjne dla dzieci. Pomyślałam sobie, że wcześnie zaczynają tą integrację, mimo to z wielką ciekawością wybrałyśmy się na zajęcia. Przedszkole zrobiło wrażenie bogatym wyposażeniem, żywymi kolorami i uśmiechniętymi pracownikami obsługi. Helena błyskawicznie poczuła się tam swojsko i od razu pobiegła popływać w basenie pełnym piłek. Rodziców przybywało, zegar tykał. Z każdą chwilą ogromna sala do której zostaliśmy zaproszeni kurczyła się coraz bardziej. Naliczyłam ponad dwadzieścioro przemiłych dwulatków oraz trzydzieścioro kilku rodziców - niektórym dzieciom towarzyszyły zarówno mamy i tatusiowie. 

Pani Dyrektor wraz z miłą przedszkolanką punktualnie rozpoczęły zajęcia. Już po chwili oczywistym było to, że to spotkanie to jedna wielka porażka. Dzieci zamiast skupić się na zajęciach i komunikatach przekazywanych przez prowadzące, rozproszyły się wśród zabawek i tam ulokowały swoją uwagę. I tak zamiast przyklejać chrupki na talerzyku głodnego misia, dzieci rozpoczęły walkę o to, kto ma jechać na koniku, zjeżdżać ze zjeżdżalni, obsługiwać kasę, czy gotować w kuchni. Helena sprawdziła zawartość biblioteczki, ucieszyła się na widok znajomych jej tytułów, zapoznała się z co atrakcyjniejszymi zabawkami i szybciutko wróciła do basenu z piłkami, w którym radośnie spędziła resztę czasu zajęć. 

Pomyślałam sobie, że coś nie wypaliło na poziomie planowania tego spotkania. Podejrzewam, że dyrektorka założyła pięćdziesięcioprocentową absencję rodziców, albo, co mało prawdopodobne nie przewidziała, że dwulatkowie mają bardzo mały stopień koncentracji uwagi na zabawach, które im właśnie tego dnia zaproponowano. Tym bardziej w takim tłumie, gdzie ja sama miałam trudności w ogarnianiu tego, co się wokół mnie działo. Dla przykładu, na naszych zajęciach na angielskim jest grupa sześcioosobowa i ta ilość dzieci jest doskonała, by wszyscy aktywnie brali udział w ćwiczeniach. Ciekawa jestem, czy osoby odpowiedzialne wyciągną odpowiednie wnioski z tego spotkania.  Wkrótce się o tym przekonam, gdyż niedługo kolejny termin spotkania.

12 komentarzy:

  1. ˛nawet najlepiej przygotowane zajęcia nie gwarantuj, nie gwarantują, że przedszkolaki wezmą w nich udział, najlepsze jest to, że mimo iż nie "słuchają" to i tak wszystko wiedzą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. coś podobnego w przekazie miałam napisać :D

      Usuń
    2. No i wyszło, że jestem przewrażliwiona. Ale dla mnie naprawdę wyglądało to jak czysta forma chaosu :)

      Usuń
  2. Trzymam kciuki, żeby to był pierwszy i ostatni raz :)

    A teraz historia z mojego przedszkola. Jak wiadomo z okazji różnych uroczystości organizowane są przedstawienia. Moja Mama z Tatą uwielbiali na nie przychodzić i patrzeć jak występuję...ale występy najmłodszej grupy zawsze wprawiały ich w dobry humor - dzieci, które miały tańczyć w kółku rozpraszały się po całej sali :) Choć pani przedszkolanka miała zrezygnowaną minę to i tak uważam, że dla Mam dzieciaków z najmłodszej grupy to były przepiękne występy:D Sama nie mogę się doczekać jak zobaczę występująca Linkę;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymamy kciuki żeby wszystko się ułozyło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najważniejsze że dziecku się podobało ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja to myślę że jednak troszkę p. dyrektor przeszacowała poziom dzieci.
    Ciekawe jakie będzie następne

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziwne, że nas potkaniu adaptacyjnym od razu dzieci miały wykonywać pracę plastyczną. Przecież to jest oczywiste, że dla dziecka po wejściu do nowego miejsca, gdzie jest pełno kolorowych zabawek, kulek i ciekawostek to będzie dla niego pierwszą rzeczą do poznania.

    Trzymam kciuki za Helenkę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Trzymam kciuki aby wszystko się poukładało :)
    Zapraszam na www.franuloweopowiesci.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam nadzieje,że wszystko się ułoży.
    Ach moja Julcia w przyszłym roku dopiero idzie do przedszkola..

    Pozdrawiam

    mama-julii.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. No coz, po najmlodszych mozna sie tego bylo spodziewac. Sala pelna nowych zabawek, wiec dzieci oszalaly na jej punkcie. Pewnie jak sie podczas roku szkolnego nimi znudza, to chetnie beda uczestniczyc w kreatywnych zajeciach :)

    OdpowiedzUsuń
  10. a wiesz, ja nie odczytałam tego jako porażki. po przeczytaniu stwierdziłam - kurka, fajna adaptacja! Helena nie płakała, odłączyła się od Ciebie, próbowała różnych zabawek, a nawet wybrała ulubioną.
    Podejrzewam, że mimo zajęcia całym mnóstwem nowości doskonale odnotowywała, co się dzieje wokół. z pewnością jednak atmosfera była na tyle miła, że Helena czuła się bardzo pewnie :)

    OdpowiedzUsuń