niedziela, 10 lutego 2013

Nauka samodzielnego jedzenia




W jakimś poradniku przeczytałam, że ukończenie pierwszego roku życia dziecka to wyśmienity czas na naukę samodzielnego jedzenia. Cudnie! - pomyślałam, widząc przed oczami ten piękny obraz: Helena samodzielnie pałaszuje przygotowany przeze mnie obiad, a ja w tym czasie kontempluje piękno przyrody za oknem. Wizja, jak można się było spodziewać legła w gruzach już w trakcie  pierwszych prób, kiedy to córka niczym Lars Ulrich /perkusista Metallica/ łyżeczką wygrywała na blacie chaotyczne rytmy, a miseczka z zupą leżała na ziemi i stanowiła ponadplanowy posiłek dla kotów. 


Od kilku tygodni w trakcie posiłków, córce coraz częściej zdarzało się sięgać po łyżeczkę i próbować jeść samodzielnie. Ciesząc się jej zainteresowaniem, stawiałam przed nią dodatkową miseczkę, do której przekładałam śladowe ilości obiadu, dawałam jej łyżeczkę i pozwalałam na zabawę.

Ostatnie dni pokazały znaczny progres, z radością obserwowałam jak coraz większy procent zawartości miski ląduje w ustach Helenki. To dało impuls i zachętę do pójścia krok dalej i zwiększania ilości zawartości jej miski. Kupiliśmy też pełne fartuszki z długimi rękawami, dające więcej ochrony niż tradycyjne śliniaczki, które niestety nie spełniały swojej funkcji zabezpieczającej. Pojawiła się też nowa, większa miseczka, która od razu przypadła do gustu Helence.

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na prostej drodze do samodzielnego jedzenia. Dziś na przykład, podczas obiadu córki, miałam chwilę na obserwację rodziny gilów na drzewie za oknem i przyznam szczerze, że było mi z tym bardzo dobrze.


3 komentarze:

  1. pierwsze samodzielne posiłki to jedyny czas kiedy dziecko je wszystkimi zmysłami i to dosłownie... oczami, uszami, palcami, nosem... jedzenie jest wszędzie, ale dziecko jest szczęśliwe :))) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój karmi maskotki i mnie, ale siebie nie chce :)

    OdpowiedzUsuń