poniedziałek, 14 stycznia 2013

Czy lecą z nami koty?

Wśród licznych lęków pojawiających się podczas okresu ciąży, objawił się nam, dość mocno swędzący niepokój o jakość relacji pomiędzy trójką kotów, a niemowlakiem bezsierściowym. Otóż lęki owe zwiększały się wraz z liczbą strat wszelakich, zanim jeszcze suma rodziny nosiła liczbę trzy. I tak oto zjedzona gąbko-rączka nowo zakupionego wózka doprowadziła do choroby, a w konsekwencji operacji naszego kota-samca-alfa o słodkim imieniu Czesiu /lat 4 - skojarzenia poziomu inteligencji kota z wizerunkiem Czesia - bohatera znanej polskiej kreskówki, są jak najbardziej stosowne/. Koszt naprawy wózka i Czesia wynosił około 800 zł. 

Pomniejsze uszkodzenia komody kąpielowej, leżaczka oraz kilku mniej cennych elementów wyprawki dziecka zwiększała bilans strat i moją irytację, oraz obawę co do tego, jak będzie wyglądała przyszłość. Zaznaczam w tym miejscu, że pozostałe przedstawicielki rodziny kotów: Zuzia /lat 4/ i Frytka /lat 11/ zrezygnowały z działań anihilacji wyprawki, ograniczając swą szkodliwość do wielokrotnego budzenia nas w nocy, zaraz po tym, jak w naszej sypialni zamontowaliśmy drzwi w celu oduczania spania mruczących istot w naszym łóżku. Po tym miłym treningu wielokrotnego budzenia się w nocy, jako zaprawieni w boju nocni łowcy dźwięków, nie mieliśmy żadnych problemów przy wstawaniu do Heleny. 
  
Kiedy już przyszedł upragniony moment powiększenia się naszej rodziny, koty na wzór ich sławnego krewnego z Cheshire poczęły znikać. Nie, nie tak nagle, ten proces trochę trwał. Przez pierwsze pół roku czworonogi jakby nie zauważały, że jest nas więcej. Bywało i tak, że chciały kłaść się na Helenę, tak jakby była przedłużeniem mojej ręki, brzucha, kolan. Był też czas kiedy przejawiały minimalne zainteresowanie widząc machające rączki, czy nóżki. Szczególne zainteresowanie czynnością karmienia piersią przejawiała Zuzia, która to kładła się obok córki robiąc wielce mądry wyraz pyska i żywo interesując się stosowaną przeze mnie techniką karmienia, szybko też przylgnął do niej tytuł  naszego domowego doradcy laktacyjnego.


Przełomowym momentem w znikaniu kotów był czas raczkowania. O ile kotki wybrały drogę pełnego znikania /Frytka po dziś dzień zamieszkuje kosz na pranie, a Zuzia wybrała wysoko położone miejsca sypialniane w salonie/, to samiec alfa walczył, a krew się lała po obu stronach. Najpierw odkażałam zadrapania córki, potem zbierałam kocie kłaczki. Trudno było monitorować ich wszystkie kontakty. Wtedy to często zastanawialiśmy się kogo w pierwszej kolejności należy przed kim ratować.

Wewnętrzny konflikt Czesia trwał niemal pół roku. Z jednej strony zjadała go ciekawość wszystkich działań Helenki i towarzyszył jej niemal przy każdej zabawie, z drugiej zaś strony nie rozumiał, dlaczego stał się obiektem jej zainteresowań, jego ogon stał się celem notorycznych ataków, a jego piękne futro było stale przerzedzane. W końcu ich wspólne "zabawy" przybrały zupełnie inny wymiar. Zbliżał się roczek Helenki. W trakcie jej igraszek na dywanie, jak zawsze towarzyszył jej Czesio. Nagle, ku naszym zaskoczeniu, począł ładować się na jej kolana i zaległ na nich z odsłoniętym brzuchem. Zaskoczenie tym niecodziennym zachowaniem kota nie trwało długo, córka z okrzykiem radości rzuciła się do "głaskania" jego futerka na brzuchu. Kot o dziwo nie reagował. Po chwili małe rączki odnalazły ogon, który jak można się było spodziewać, od razu trafił do buzi. Kot nie reagował. Ogon szybko się znudził, zatem korzystając z okazji Helena szybko przerzuciła się na badanie fibrysów. Kot nie reagował. Szach - Mat. Helena wygrywa. Czesio przestał walczyć o dominację i w pełni oddał się do jej dyspozycji.

Dzisiaj córka już rozumie i wie, że Czesia nie należy dręczyć. Głaszcze go i często przytula się do niego. Kot pomrukuje z radości. Tylko czasami maleństwo się rozpędzi i potarga za mocno, ale kot już znieczulony, nie robi to na nim wielkiego wrażenia. Ich związek dojrzał, może to jeszcze nie przyjaźń, ale już sympatia. Tyle, że kotki zniknęły definitywnie. Niektórzy mawiają, że można je spotkać przy misce w kuchni, niektórzy zaś wskazują na kuwetę. Ja nie skomentuję tego stanu rzeczy, no chyba, że cytując wspomnianego kota z Cheshire powiem, że nasze kotki zrozumiały wielką prawdę: "... wszyscy tu jesteśmy obłąkani. Ja jestem obłąkany. Ty jesteś obłąkana ..." Pora znikać.





2 komentarze:

  1. Az sie poplakalem ze smiechu.Swietnie to zostalo ujete! Buziaki wujek z hameryki Daveed

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję się jak w domu. U nas w porywach 6 kotów, chwilowo 4 (kotka nam się rozmnożyła). Nie wyobrażam sobie domu bez kota, nie wyobrażam sobie być dzieckiem bez kota :)

    OdpowiedzUsuń