wtorek, 9 lutego 2016

Siostry

Kochają się i nie znoszą równocześnie. Po kilku godzinach rozstania, zaczynają do siebie tęsknić i dopytywać, kiedy znów się zobaczą.
Kiedy witają się po przedszkolu i żłobku, niezmiennie rzucają się sobie w ramiona.

Po kilku kwadransach wspólnej zabawy zaczynają kłócić się o zabawki. Czasami dochodzi do rękoczynów.
Łączy je miłość do słuchania bajek. Uwielbiają śpiewać i tańczyć. Dużo krzyczą.
Kochają basen i wyścigi w bieganiu. Ich ulubioną zabawą jest układanie klocków. Konkurują w szybkości układania puzzli.


Niezmiennie towarzyszą nam w przygotowaniach posiłków. Są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Zamieniają nasze mieszkanie w poligon zabawek.
Nie przepadają za sprzątaniem. Bywają nieznośne, uparte i zawzięte. Nie rozumieją naszych próśb o chwilę wyciszenia.


Są uparte i kreatywne. Są zazdrosne i inteligentne. Bywają interesowne, kalkulują.
Błyskawicznie nawiązują kontakty, są otwarte i ufne. Uczą nas cierpliwości i gradacji rzeczy ważnych.



Zdarzają się między nami takie dni, że z niecierpliwością czekamy tej chwili, kiedy Morfeusz zabierze je w swoje ramiona.
Są i takie chwile, kiedy mamy ochotę je schrupać, a widząc je razem, nasze oczy robią się mokre.
Oto One. Siostry. Nasze córki. I ich wyjątkowa więź.



niedziela, 17 stycznia 2016

Domowy ketchup z czerwonej papryki.

Na początek bardzo przepraszam tych, którzy tak długo oczekiwali na ten przepis. Wybaczcie mi kochani, te okruchy wolnego czasu zdarzają mi się ostatnio bardzo rzadko. Ale w końcu spełniam daną obietnicę. Oto sos, który podbił serca domowników, jak i niemal wszystkich gości, których nim poczęstowaliśmy. To alternatywa dla sklepowego ketchupu lub sosu. Bogate źródło witaminy C, tak pożądane w okresie zimowym. Papryka ma wiele zalet, występujące w niej substancje fitoaktywne działają przeciwzapalnie, przeciwbakteryjne i poprawiają układ immunologiczny. A jak smakuje!


Od pewnego czasu zwykłam bardzo uważnie sprawdzać zapach i smak kupowanej papryki. Kilka razy natrafiłam na papryki śmierdzące spalinami. Potem dowiedziałam się, że to częste praktyki producentów, którzy przyśpieszają dojrzewanie owoców i warzyw właśnie przy pomocy spalin.  Inne źródła podają, że papryki traktuje się etylenem, aby otrzymać jednolity kolor ich skóry. Od tego czasu bardzo dokładnie wącham, a czasami nawet smakuję owoce papryki, aby uniknąć tamtego rozczarowania.

Wracając do ketchupu z papryki. Sos w ilości hurtowej warto przygotować wtedy, kiedy cena papryki jest najkorzystniejsza. Po poddaniu pasteryzacji i przechowywaniu w niskich temperaturach, można go trzymać długo. Podobno i cały sezon, aczkolwiek nie było nam tego sprawdzić, gdyż słoiczki z sosem magicznym sposobem szybko znikają z naszej lodówki, a również przepis przywędrował do nas zaledwie pod koniec ubiegłego lata. 



Doskonały do kanapek, mięs, ryb, grillowanych warzyw, a nawet krakersów. Zdrowy, aromatyczny, kwaskowaty i lekko słodki.
Oto przepis na domowy ketchup z czerwonej papryki. 

3 kg papryki czerwonej
1 i 1/2 szklanki oleju rzepakowego
2 szklanki cukru
2 łyżeczki chilli
2 łyżki soli
3 główki czosnku
200 gram przecieru pomidorowego
1 szklanka octu (roztwór 10%)
2 łyżeczki pieprzu
Całe opakowanie bazylii
3 duże liście laurowe


Paprykę należy dokładnie umyć i zemleć razem ze skórką w maszynce do mięsa. Do uzyskanego przecieru dodajemy olej, cukier, chilli i sól. Gotujemy pół godziny. Następnie dodajemy przetarty przez praskę czosnek, przecier pomidorowy i pozostałe przyprawy (pieprz, bazylia, liście laurowe). Gotujemy do czasu uzyskania odpowiednio gęstej konsystencji, mieszając sos od czasu do czasu. Przelewamy go do słoików, zakręcamy je i pasteryzujemy.


Jak widzicie wykonanie sosu jest niezwykle proste i wcale nie takie czasochłonne, jakby się wydawało. Spróbujecie?
Zaskoczcie swoich gości podczas karnawałowej zabawy!

środa, 23 grudnia 2015

Wiejskie gryzmołki pana Pierdziołki - Błyskawiczny konkurs!


Biblioteczka naszych córek ugina się pod ciężarem ogromnej ilości książek. Są wśród nich i takie, które nie mają szans nacieszyć się drobinkami kurzu, ani odetchnąć od ciągłego dotyku dziecięcych rączek. W tej grupie zasłużonych jest on - Pan Pierdziołka. Już niemal cztery lata jest stałym towarzyszem zabaw naszych Świerszczy. Szczególnie starszy Świerszcz domaga się nieustannego odczytywania wesołych wierszyków, powtarzanek, wyliczanek i śpiewanek. Pierdziołka jest częstą lekturą do poduszki, ale nie tylko. To na nim starsza córka uczyła się rozpoznawać pierwsze litery, dziś wtajemnicza się w naukę czytania.

Myślę sobie, że gdyby zaproszono mnie do udziału w konkursie wiedzy o Panu Pierdziołce, to pewnie zajęłabym w nim wysoką pozycję, gdyż niemal wszystkie wierszyki każdego tomu znam już na pamięć. Dziś, kiedy młodszy Świerszcz wciska się na moje kolana z pierdziołkowymi książkami, z westchnieniem ulgi powitałam pojawienie się nowego tomu na księgarnianych półkach. Dziękuję wydawnictwu za ten miły prezent. Groźba rutyny została na chwilę odsunięta. 

Podpatrzył przez dziurę Pierdziołka kurę,
Jak gryzmoliła w piasku pazurem.
Z radości fiknął cztery koziołki,
"Ja na wsi będę pisał gryzmołki!"

I wszystko jasne. Nowy, czwarty już tom Pana Pierdziołki poświęcony jest tematyce wsi. Gryzmołki Pierdziołki to całkiem spora kolekcja nowych wierszyków dla najmłodszych czytelników. Obserwacja wsi oczyma tego sympatycznego bohatera, podobnie jak w poprzednich tomach, wypełniona jest potężną dawką humoru. Od pierwszych stron książki zaglądamy do zagrody z wiejskimi zwierzętami, pracujemy w polu, poznajemy typowych reprezentantów wsi: sołtysa, babę, chłopa, a nawet i samego księdza. Podglądamy, chichoczemy, przyswajamy sobie uroki życia na prowincji. Natykamy się nawet na kilka niegrzecznych wierszyków do odczytania dzieciom za pozwoleniem szanownych rodziców. I te oczywiście podobają się Świerszczom najbardziej.

Jeśli są wśród Was tacy, którzy nadal jeszcze poszukują czytelniczych prezentów, zachęcamy i rekomendujemy zakup tej fantastycznej książki.


Uwaga! Dla naszych czytelników mamy błyskawiczny konkurs. Prosimy o przesłanie na adres przystanrodzina@gmail.com dosłownie jednego zdania uzasadniającego, dlaczego to właśnie Wam mamy podarować egzemplarz książki "Wiejskie gryzmołki pana Pierdziołki". Na zgłoszenia czekamy do 24.12.2015. Dwa egzemplarze książki czekają. Z osobami nagrodzonymi skontaktujemy się osobiście. 


Linki do recenzji wcześniejszych tomów:  



Autor: praca zbiorowa
Rok wydania: 2015
Stron: 56
Oprawa: twarda
Ilustracje: Kasia Cerazy


Za egzemplarze książek dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

piątek, 9 października 2015

Między czasem a perfekcją.

Czy jestem Panią swojego czasu? Zdecydowanie nie! Zakleszczona w przestrzeni pomiędzy pracą a dziećmi, mam wrażenie, że zupełnie utraciłam kontrolę nad swoim życiem. Od zawsze wydawało mi się, że jestem mistrzynią logistyki, że organizacja czasu jest jedną z silniejszych figur na mojej szachownicy. Jakże bardzo się myliłam! Pora posypać głowę popiołem i zrobić krok w tył.



Kiedy cztery lata temu zaprosiliśmy do naszego świata dziecko, szybko zaadaptowałam się do nowego wymiaru rodziny. To prawda, że miałam więcej obowiązków. To fakt, że często stawałam się uczestnikiem sytuacji zupełnie niezależnych ode mnie. Ale minęło parę chwil, a córka stała się nowym jądrem mojego świata. To nic wielkiego, naturalna kolej rzeczy. Ale nawet w tamtych chwilach zawsze starałam się mieć czas na moje ukochane pasje. Na bliskość z ważnymi dla mnie ludźmi. 2 lata później, kiedy po raz drugi zostaliśmy rodzicami. Razem ze szczęściem przybyły większe wyzwania. Obowiązki zdawały się nie mieć końca. Również dlatego, że nie uznawałam kompromisów i nie używałam wynalazków typu jednorazowe pieluchy, czy gotowe do spożycia obiadki ze słoiczków. Wskazówki zegara przyśpieszały, a niewzruszony palec czasu groził coraz częściej. Ale nawet wówczas, pomimo wielkiej koncentracji na dzieciach, zawsze udawało mi się wynegocjować okruchy czasu na swoje przyjemności.

Zbliżamy się do przełomu, którym stał się mój powrót na rynek pracy. To właśnie ten duet w postaci bardzo absorbujących czasowo zajęć i pary cudownie aktywnych córek, spowodował, że tytuł mistrzyni organizacji spadł z głośnym hukiem na podłogę, rozsypał się i w zasadzie leży tam do dziś. Kto zawinił? Co przyczyniło się do tej porażki? Dlaczego z profesjonalisty planisty zamieniłam się w goniącą, znerwicowaną i przemęczoną amatorkę nie mającą na nic czasu? Nie trudno było znaleźć winnego. Zawiniła moja klątwa doskonałości, fatum maksymalizmu, nieustanne dążeniu do tego, aby wszystko, za co się biorę, zamieniało się w przysłowiowe złoto. To przekleństwo odpowiedzialne jest za stan nieustannego napięcia, zupełnego zatracenia umiejętności odpoczynku. Kiedy planowałam powrót do pracy, wypracowałam wówczas porozumienie między rolami mamy i przedsiębiorcy. Pięć bezwzględnych godzin dla dzieci, osiem godzin dla pracy (w ratach). Cała reszta odbywała się kosztem snu i odpoczynku. Stanęłam wtedy przed koniecznością poważnej selekcji swoich zajęć, pasji, ograniczaniu kontaktu ze znajomymi, a czasami i stałych zwyczajów. Zrezygnowałam, bo na wszystko brakowało mi czasu.

Świadomość zatracenia się w pętli czasu dotknęła mnie najsilniej, kiedy mąż niemal siłą wyciągał mnie na weekend do Pragi, aby świętować rocznicę naszego ślubu. Nie miałam wówczas pojęcia dlaczego decyzja o wyjeździe kosztowała mnie tak wiele emocji. Dlaczego miałam taki problem pozostawić dzieci i pracę, a w ich miejsce skoncentrować się na sobie, na nas? Zupełnie zapomniałam, że nam również należy się coś od życia. Że my także powinniśmy odpoczywać. Również od dzieci. Zaniedbałam ten jakże ważny kawałek świata. Zajrzałam w to małe prywatne piekło maksymalistki. Zrozumiałam, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Że trzeba sobie pozwolić na więcej kompromisów. Że życie to nie tylko pasmo obowiązków i pracy. Że codzienność to nie tylko dawanie.

Bycie najlepszym bardzo spala. A to, co spalało mnie, spalało całą rodzinę. Od postawy mocno podbarwionej zdenerwowaniem i pośpiechem, powoli uczę się stawiać małe kroczki w kierunku zrównoważenia. Zamiast mierzyć się z doskonałością, dostrzegam szczęście w małych rzeczach. Zamiast walczyć ze wskazówkami, adaptuję w codzienność odrobinę spontaniczności. Uczepiłam się prostej prawdy, że tylko szczęśliwi rodzice mogą wychować szczęśliwe dzieci. W życie człowieka wpisane jest popełnianie błędów. Wielu. Dobrze jest się do nich przyznawać i wyciągać z nich naukę. Jeden właśnie udało mi się zaliczyć.

sobota, 15 sierpnia 2015

Kto czyta książki, żyje podwójnie ...

W naszym domu książki są wszędzie. Wysypują się z przyciasnych półek, spadają ze stołów, szafek. Wypełniają przestrzeń komód, podłóg, parapetów. Są czymś więcej niż dekoracją. Są częścią naszego życia, pasją, miłością, wspomnieniem, punktem odniesienia w czasie. Córki widzą w naszych rękach książki codziennie, bo czytać można przy okazji wielu czynności. Przy gotowaniu, w trakcie spaceru po parku, w trakcie zabawy, a nawet sprzątania. Wieczorne czytanie przed snem to nasz rodzinny rytuał. Ceremonia wyciszenia, wypełnienie głowy magicznymi obrazami, morałami, uśmiechem. Jesteśmy współuzależnieni od szelestu obracanych kartek. 
 
Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która ze smutkiem przyznała się do tego, że nie potrafi zachęcić swojego syna /lat 5/ do wspólnego czytania książek. Za każdym razem, kiedy usiłuje mu coś przeczytać, spotyka ją odmowa i zupełny brak zainteresowania z jego strony. Zapytałam ją, jakie książki dla dzieci mają w domu, podejrzewając, że nie są one odpowiednio dobrane do jego wieku. Myliłam się, zestaw książek które wymieniła, wydały się wprost idealnie stworzone dla niego. Po kilku nietrafionych hipotezach, w końcu zapytałam ją, czy oni sami z mężem czytają. I tu dotknęłam sedna sprawy. - Nie mamy na to czasu - odpowiedziała.  Pomyślałam sobie wówczas, że powód dla którego jej syn nie jest zainteresowany książkami, jest prawdopodobnie powiązany z tym, że jeśli sam nie czytasz, Twoje dziecko również nie będzie. Dlatego inspiruj swoje dziecko codziennie, bądź dla niego wzorem, jeśli Ty będziesz interesować się książkami, Twoje dziecko zobaczy, że czytanie jest warte i jego uwagi. Ty jesteś wzorem dla Twojego dziecka, pokaż mu, że czytanie to piękna przygoda.


Książkę, o której dzisiaj chciałabym napisać, czytaliśmy niezwykle długo jak na nasze standardy, bo niemal półtorej miesiąca. To liczące prawie 400 stron dzieło, jest zbiorem niemal sześćdziesięciu baśni zebranych z całego świata. "Bajarka opowiada" to dzieło nieżyjącej już polskiej poetki, autorki utworów dla dzieci i młodzieży Marii Niklewiczowej, która wykonała wspaniałą pracę, dokonując wyboru spośród tysięcy baśni różnych narodów i opracowując je dla młodego czytelnika. Jeśli jesteś zwolennikiem teorii, że baśnie są przeznaczone dla dzieci, popełniasz wielki błąd. Kiedy zaczęłam czytać książkę dzieciom, sama byłam zaskoczona, jak mocno działają one na moją wyobraźnię. Równie ciekawym i niespotkanym przeze mnie wcześniej rozwiązaniem było to, że baśnie zostały w spisie poszeregowane według stopnia ich trudności od A, oznaczające bardzo łatwe baśnie, aż do D, tych najtrudniejszych. 

Każdej nocy wybierałam jedną opowieść zaczerpniętą ze zbioru baśni. Do wcześniej dobrze znanych nam polskich baśni, dołączyły zupełnie nowe historie, których źródła sięgają nawet dalekiej Afryki. Prócz wspaniałej zabawy z wyobraźnią, pracą nad wrażliwością i wzmacnianiem pozytywnych postaw, córka pozyskała sporo wiedzy na temat obyczajowości ludzi zamieszkujących dalekie kraje. Długość baśni jest doskonale wyliczona pod kątem koncentracji małych dzieci. Te kilka stron drobnego tekstu to optymalna treść, aby zdążyć jeszcze porozmawiać z dzieckiem, zanim odpłynie ono w morfeuszowe ramiona. Dla nas rozmowa po lekturze książki, jest niemal tak samo ważna, jak samo jej czytanie. To wówczas najbardziej rozwijają się kompetencje dziecka.   

Nasza przygoda z "Bajarka opowiada" trwała długo i należała do przyjemnych. Autorka opowiada baśnie prostym i zrozumiałym dla dzieci językiem. Brzmią tak, że chce je się słuchać, ich melodia tworzy niesamowity klimat, tak jakby w rogu pokoju trzaskał wesoły ogień, a baśń opowiadana była ustami miłej staruszki, na której kolanach leży znudzony i senny kot. Z różnych źródeł wiem, że antologia baśni jest pozycją kultową dla wielu pokoleń czytelników. My również zapałaliśmy do niej sympatią i znalazła ona swe miejsce wśród ulubionych pozycji w biblioteczce naszych dzieci.

Dla ambitnych bajarek i bajarzy, na końcu książki, znajduje się niezwykle ciekawy poradnik autorki, z cennymi radami o tym, jak opanować sztukę opowiadania baśni. Kto wie, może kiedyś spełni się marzenie poetki i powstanie katedra bajarstwa? Przyznajcie, byłyby to bardzo urzekające studia!

Polecamy i zachęcamy do zakupu książki "Bajarka opowiada" na stronie Sklepu Zysk i S-ka.

"Bajarka opowiada, Zbiór baśni całego świata"
Autor: Maria Niklewiczowa
Rok wydania: 2006
Stron: 392
Oprawa: twarda
Ilustracje: Maria Orłowska - Gabryś


Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

piątek, 26 czerwca 2015

Odczarować polskie morze.

Nie przepadam za polskim morzem. Nie rozumiem drożyzny, bo standard jaki kryje się za wysokimi cenami, nadal pozostawia wiele do życzenia. Nie odpoczywam na przepełnionych, brudnych i gwarnych plażach. Męczy mnie głośna, mało wyszukana muzyka, w takt której odganiam się od wszechobecnych os. Drażnią mnie identyczne stragany, uginające się od taniej, jednorazowej chińszczyzny. Smuci mnie fakt, że zamiast lokalnych specjałów pomorskiej kuchni, nadmorskie kurorty oferują przede wszystkim kebaby, pizzerie i inne mało atrakcyjne popularne zestawy z kotletem schabowym lub rybą do wyboru. Po kilku mniejszych i jednym większym rozczarowującym pobycie nad morzem, rozstaliśmy się z polskimi plażami na niemal trzy lata.   

Tego roku postanowiliśmy odczarować polskie morze. Ściągnąć z niego czar niechęci i braku sympatii. Bo przecież nasze wybrzeże ma w sobie naprawdę sporo uroku. Te rozległe i szerokie piaszczyste plaże, wzbogacone o jakże pożądane dla naszych dzieci świeże i czyste powietrze, zawierające ogromne ilości dobroczynnego jodu. Tym razem mając na uwadze nasze umiłowanie spokoju i wolności od tłumów, wyruszyliśmy na morze przed sezonem.

Podróż palcem po mapie wskazała nam kierunek naszej wyprawy. Celem naszych wakacji stała się nie znana nam wcześniej malownicza wieś, zwana Jarosławcem. Wyprzedzając sezon wakacyjny, mogliśmy dowolnie przebierać w ofertach noclegowych. Wybraliśmy miły domek zlokalizowany 50 metrów od plaży, a 100 metrów od aquaparku. Wybór nie zawiódł, chwile spędzone na niemal pustej plaży, stały się znakomitym przyczynkiem do wyciszenia i prawdziwego relaksu. Bywało tak, że kilka godzin nie widzieliśmy innych turystów. Szum morza i fale hipnotyzowały nas niemal tak samo, jak wpatrywanie się w płomienia ognia.

Pokutuje opinia, że poza sezonem nad polskim morzem panuje wszechogarniająca nuda. Ale czy to prawda? Każdy wschód i zachód słońca to prawdziwe arcydzieło, którym nie można się nasycić.


Plaże wolne od turystów, to raj dla ludzi spragnionych ciszy. Jedynie ptaki burzą ów spokój morskimi historiami, jakie miały nam do opowiedzenia.


Podglądanie pracy rybaków to wielka atrakcja dla dzieci z miasta. A skoki przez łamacze fal to znakomita okazja do poprawienia kondycji fizycznej.


Nasze słodka piratka pełniła wachtę morską na statku. Otrzymała uprawnienia jako sternik manewrowy i została przyjęta do pirackiej braci na galeonie Unicus.


Pomimo, że nad Bałtykiem słoneczna pogoda nie jest najważniejsza, to jak każdy plażujący turysta, z wielką przyjemnością powitaliśmy cieplejsze dni. W czasie deszczu w sukurs przyszedł nam aquapark z basenami wypełnionymi ciepłą, morską wodą. 


Pomorze to nie tylko woda. To również widowiskowe fermy wiatrowe oraz pełne uroku pola lawendy.  


Nadmorskie lasy są niezwykle urokliwe. Można również odwiedzić lokalną latarnię morską, zwiedzić Muzeum bursztynu, lub po prostu poskakać na trampolinie. 


Morze nie jest statyczne. Każdego dnia pozwala nam cieszyć się zupełnie innym obliczem.



Jedna z podstawowych atrakcji nadmorskiej plaży - zamki z piasku. A burzenie ich to frajda dla dzieci.


Odczarowaliśmy morze, a może to morze oczarowało nas. Kto wie, może wrócimy tu jesienią?


wtorek, 9 czerwca 2015

Naturalne Najlepsze, czyli moje poszukiwania kosmetycznego Graala.

Bardzo długo cieszyłam się wolnością od jakiejkolwiek alergii. Nieznane mi były problemy skórne, wysypki, łzawiące oczy, czy sienny katar. Wybierając kosmetyki dla siebie, nie miałam nawyku czytania ich składu. Do farbowania włosów wybierałam produkty, które odpowiadały mi kolorem, trwałością. Nie wykonywałam prób alergicznych. Byłam nieświadoma co wcieram w ciało, twarz i włosy. Wybierałam markę, promocję, opakowanie, zapach, konsystencję, przeznaczenie. Nie przywiązywałam do tego większej uwagi.  Do czasu.

Kiedy zaszłam w pierwszą ciąże, niektóre kosmetyki zaczęły mieć szkodliwe działanie na moją skórę. Topowy krem z wyższej półki wywołał wypryski i wielogodzinne łzawienie oczu. Skutkiem maseczki nawilżającej był rumień. A szampon koloryzacyjny doprowadził do bardzo poważnej reakcji uczuleniowej powiązanej z opuchlizną całej górnej części ciała. Gdyby nie zastrzyk odczulający, który otrzymałam w szpitalu, być może piękny kolor włosów opłaciłabym największą ceną, bo własnym życiem. 

To wydarzenie spowodowało, że z wielką uwagą zaczęłam studiować skład wszystkich kosmetyków i chemii, którą posiadałam w domu. Zaglądałam do Wikipedii sprawdzając, co też kryje się za obco brzmiącymi łacińskimi nazwami, czy też nic mi niemówiącymi skrótami. Pozyskania wiedza mnie przygniotła. Większość kosmetyków to ulepek wody, wypełniaczy, chemii i konserwantów. Zdrowych produktów aktywnych jest w nich tyle, co przysłowiowy kot napłakał. Miałam wówczas ogromne poczucie winy, że moja wiedza w tym temacie pojawiła się tak późno, a na dodatek podczas ciąży. Zadawałam sobie pytania. Jeśli jednorazowe użycie kosmetyku wywołało taką reakcję we mnie, to co przeniknęło z niego do krwi płodu, a w przyszłości mogłoby przeniknąć do karmionego piersią dziecka?

Nie zwlekając pozbyłam się zdecydowanej większości kosmetyków, które zawierały w swoim składzie dioksan, aha, wazelinę, oleje parafinowy i mineralne, talk, polimery filmotwórcze, sls, detergenty syntetyczne oraz kilka innych groźniejszych substancji chemicznych. Wyczytałam, że substancje te przy dłuższym stosowaniu mogą powodować podrażnienia skóry i błon śluzowych, stany zapalne, przesuszenie, wysypki, podrażnienia, świąd, łupież, dermatozę, pękanie skóry, zaburzenia wydzielania łoju i potu. A przede wszystkich zakłócają naturalne mechanizmy nawilżania i ochrony skóry, podrażniają układ oddechowy, a nawet powodują nowotwory.

Zrobiłam krok dalej. Wymieniłam również mój arsenał podręcznych środków czystości. Zamiast sklepowej chemii na półce stanęła gliceryna, amoniak, mąka ziemniaczana, korzeń mydlnicy, ocet, soda, sól kuchenna i węgiel drzewny.

Gorzej było z kosmetykami. Wypróbowałam kilka naturalnych kremów zakupionych w sklepach ekologicznych. Nie oczarowały mnie. Były drogie i miałam wiele wątpliwości co do ich składu i skuteczności. Zaprzestałam eksperymentów i przez kolejne 3 lata współdzieliłam kosmetyki z moimi dziećmi. Te delikatne środki pielęgnujące nie zaspakajały potrzeb mojej skóry, ale nie wywoływały reakcji uczuleniowych. Płaciłam cenę kompromisów. Moja cera na twarzy notorycznie była przesuszona, zmęczona i "nienajedzona". 

Wszystko zmieniło się od czasu, kiedy poznałam przesympatyczną autorkę serii naturalnych kremów do twarzy. Pasja z jaką opowiadała mi o tynkturach i ekstraktach ziołowych, o sile prawdziwej, nie syntetycznej natury, spowodowała, że postanowiłam wypróbować jej produkty na sobie. Już po kilku dniach stosowania kremu zaczęłam odczuwać dość spektakularne zmiany na mojej twarzy. Skóra zrobiła się mocno napięta, dobrze nawodniona, delikatna w dotyku, niezwykle świeża i promienna. Naturalne kremy powstałe na bazie olejów spożywczych tłoczonych na zimno, wosku, miodu i świeżych ziół mają wielką moc sprawczą. A ponieważ nie zawierają konserwantów, mają krótki, bo trzymiesięczny okres przydatności do spożycia, należy trzymać je w lodówce i regularnie dotleniać. 

Dziś, kiedy wypróbowałam wszystkie oferowane przez markę Naturalne Najlepsze kompozycje kremów, przyznam szczerze, że nie wiem, który z nich jest moim ulubionym.

Do wyboru mamy cztery propozycje:
- Uelastyczniający La mer oparty na ekstrakcie z alg morskich.
- Oczyszczający Kokosowy raj na bazie miodu i oleju kokosowego.
- Regeneracyjny Centella Asiatica z azjatykozydem.
- Przeciwzmarszczkowy na bazie oleju arganowego i roślinnych komórkek macierzystych.

O zaletach każdego z nich mogłabym pisać wiele. Jestem oczarowana tymi produktami i nie mam żadnych oporów, aby stać się ambasadorem marki Naturalne Najlepsze. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę www (w trakcie tworzenia), albo do kontaktu e-mail. Polecam tą zdrową alternatywę do sklepowej chemii. Sprawdziłam na sobie i polecam!